Tego, co zastałem po powrocie z wyjątkowo długiego, bo trwającego aż cztery tygodnie, urlopu, nie przewidywałem nawet w najgorszych koszmarach. Chociaż w zasadzie miałem prawo podejrzewać, że coś pójdzie nie tak. Od początku odczuwałem wątpliwości odnośnie zatrudnionej ekipy remontowej. Początkowo planowałem wybrać sprawdzonych ludzi, których polecał mi tata, ale żona namówiła mnie na firmę pana Don Alda, którą tak bardzo zachwalali Wykształcińscy spod Czwórki. "Mieszkają przecież w Warszawie dłużej niż my i na pewno znają się na rzeczy" - mówiła. "A poza tym, są zdecydowanie bardziej przebojowi niż ci ramole z 'Prezes i Spółka', na których zawsze stawia twój ojciec" - argumentowała dalej. Cóż miałem zrobić? Nie chciałem się kłócić, więc zaryzykowałem.

Kiedy wróciliśmy i weszliśmy do mieszkania, wszystko wydawało się wyglądać jak po naprawdę porządnie przeprowadzonych pracach remontowych. Mankamenty zaczęły wychodzić po dokładniejszym przyjrzeniu się poszczególnym elementom pracy. W kuchni, po delikatnym dotknięciu, płatami odpadał tynk. Tapeta w sypialni, nie dość, że była przyklejona krzywo jakby robił to pijany (tu się nie pomyliłem) fachowiec, to w niektórych miejscach była strasznie brudna. Nie zdążyłem obejrzeć wszystkiego i wypakować rzeczy, gdy zadzwonił Wincenty z ekipy i zaczął coś mówić, że jestem im dłużny tyle i tyle pieniędzy, bo materiały kosztowały więcej niż przewidywali, i musieli dokładać z własnej kieszeni. Miałem już powiedzieć, co myślę o tej ich całej robocie, ale burknął coś o tym, że czeka na pieniądze do piątku i że musi kończyć, bo robota czeka. Przyjrzałem się tym ich materiałom, których użyli i aż zadrżałem z wściekłości. Okazało się, że użyli najdroższego i wcale nie najlepszego towaru, jaki znajdował się na rynku. Dołożyłbym jeszcze trochę i miałbym nowe mieszkanie! W łazience nie działał kran. Żona mówiła, że przynajmniej mamy orlątka (najnowszy krzyk mody w łazienkowej dekoracji), ale co mi po nich, skoro nie mogę puścić wody? Po szesnastej wpadł Mariusz, sąsiad z dołu, który pracuje w Centralnej Bibliotece Akademickiej i opowiedział, co się działo pod naszą nieobecność, jakie libacje urządzali fachowcy, spraszając co drugi dzień jakiegoś Rycha i Zbycha, grając w pokera (oczywiście na pieniądze - hazardziści), czego nie dało się nie słyszeć. Tego było już za wiele! Zadzwoniłem do Don Alda i zażądałem wyjaśnień. Tłumaczył, że mieli bardzo trudne warunki - mieszkanie jest stare, gdzieniegdzie ściany są strasznie wilgotne i w tak krótkim (krótkim?!) czasie nie dało się nic więcej zrobić. Zaoferował, że jeśli dostanie kolejne cztery tygodnie, to za pół ceny sprawi, że wszystko będzie lśnić jak nowe.

Żona namawia mnie, żebym znowu postawił na nich. "A co, jeśli inni okażą się jeszcze gorsi?" - mówiła - "Ta ekipa wie już, czego się spodziewać". Stałem przed dylematem: dać im drugą szansę, licząc że się poprawią, czy wywalić na zbity pysk. Wbrew temu, co mówiła żona, uważałem, że odpowiedź jest oczywista.